Bryan Adams: rockowy mag powrócił!

Gdyby ktoś szukał wzorca idealnego koncertu rockowego, powinien zobaczyć występ Bryana Adamsa. W piątek w ERGO Arenie Gdańsk/Sopot i w sobotę we wrocławskiej Hali Orbita Kanadyjczyk przez ponad dwie godziny bawił, porywał do tańca i wzruszał do łez tysiące fanów. Udowodnił przy okazji, że w koncertowym fachu wciąż należy do ścisłej światowej czołówki.

Bryan Adams ostatnimi czasy rozpieszcza polskich fanów – zaledwie rok po doskonałym show na warszawskim Torwarze znów do nas zawitał, i to aż na dwa koncerty. Oba pozostaną na długo w pamięci szczęśliwców, którzy mieli okazję w nich uczestniczyć.

Jeszcze przed wyjściem na scenę bohatera wieczoru, widzowie obejrzeli krótki filmik przypominający o tym, że każdy zakupiony bilet na koncert równa się jedno drzewo zasadzone przez sponsora trasy, firmę DHL. Chwilę potem – od dynamicznego kawałka „Ultimate Love” – rozpoczęło się ponaddwugodzinne rockowe szaleństwo.

Na koncertach Adamsa każdy może znaleźć coś dla siebie. Przy klasycznie rockandrollowym kawałku „You Belong to Me” nogi same rwą się do tańca. Miłośnikom gitarowych solówek wlewa miód w uszy Keith Scott – jego popisów w utworze „It’s Only Love” nie powstydziłby się sam Jimi Hendrix. Nie brakuje też okazji, by pośpiewać razem z Bryanem. Polscy fani nie zawiedli zwłaszcza w przypadku hitów „Heaven” i „Summer of 69”, a ich chóralne „nanana” z piosenki „Cuts Like a Knife” niosło się po halach niczym doping kibiców podczas finału piłkarskiego Mundialu.

Choć setlisty obu koncertów były do siebie bardzo zbliżone, zarówno w ERGO Arenie, jak i w Hali Orbita znalazło się miejsce na niespodzianki. W „koncercie życzeń” Bryan pytał fanów spod sceny, jakie piosenki chcieliby usłyszeć, a następnie grał je z imiennymi dedykacjami dla autorów pomysłów. We Wrocławiu, na życzenie Barbary, zdecydował się nawet zaśpiewać fragment starego, od lat niewykonywanego utworu „Victim of Love” – z akompaniamentem samej perkusji, bo pozostali członkowie zespołu najwyraźniej nie pamiętali, jak się go gra.

Dzięki tego typu gestom Bryan dał polskim fanom odczuć, że biorą udział w zupełnie wyjątkowym wydarzeniu, a nie kolejnym rutynowym koncercie światowego tournee. Dodatkowy aplauz publiczności wywoływały lokalne akcenty wplecione w teksty piosenek („Have You Ever Really Loved a POLISH Woman?”, czy sprytnie przemycone słowo „Poland” w „Whisky in the Jar”).

Przez większą część koncertów Adamsowi towarzyszyło czterech rasowych muzyków, dzięki którym ze sceny lał się iście rockowy żar. W trakcie bisów, po zagraniu mega-energetycznej wersji klasyka The Clash „I Fought the Law”, Bryan odesłał kolegów za kulisy i został na scenie sam, uzbrojony jedynie w gitarę akustyczną oraz harmonijkę ustną. Wykonane w minimalistycznej aranżacji utwory „Whisky in The Jar”, „Straight from the Heart” i “All for Love” należały do najlepszych momentów obu wieczorów. Trudno było się nie wzruszyć patrząc na tysiące światełek telefonów, wypełniających zaciemnione hale podczas finałowego kawałka.

Podczas jednej z pogawędek z wrocławską publicznością Adams zapraszał do odwiedzenia jego rodzinnej Kanady. „Mamy tam całkiem dobre jedzenie” – zachwalał. Taka wyprawa za ocean z pewnością może umilić czas do kolejnych koncertów Bryana w naszym kraju. Polscy fani już nie mogą się na nie doczekać!

Nie można komentować